RSS
wtorek, 07 maja 2013

Witam, witam

Nowy sezon, nowe wyzwania :-)

2013 zacząłem od przygotowań do XII Cracovia Maraton 2013. Spokojne treningi gdyż przez zimę tłuszczyk się odłożył i wojna z nadwagą trwa. W lutym było 94 kg, teraz jest już 87 i spada. Nie dziwi więc wynik 4h23min na mecie w Krakowie :-( ale przynajmniej są widoki na lepsze wyniki, gdyż na treningu udało mi się zrobić półmaraton w czasie 1h50min co dla mnie jest fajnym wynikiem:-) Z rzeczy nowych/ciekawych w końcu przekonałem się do pulsometru i nabyłem w drodze zakupu sprzęt Garmin Forerunner 210 z czego jestem bardzo zadowolony. Ze względu na możliwość archiwizowania i opisywania wyników/treningów na specjalnie przygotowanej stronie Garmina moja obecność na tym blogu niestety ucierpiała, gdyż większość swoich dokonań treningowych/biegowych opisuje na Garminconnect, do których link będę udostępniał także na moim blogu :-)

pozdrawiam Y

wtorek, 26 lutego 2013

Zima, zima i po zimie. Wracamy z M. do treningów więc sezon śmierdziela 2013 uważam za rozpoczęty. Zaczęliśmy delikatnie od dwóch ósemek po 41-43 min każda.

pozdrawiam Y. 

20:18, mariuszbiega
Link Komentarze (1) »
czwartek, 01 listopada 2012

Dzień Wszystkich Świętych, czas szczególny więc nie będę pisał o glikogenie, tempie itp. Dzisiaj powspominajmy tych, których już z nami nie ma.

 

pozdrawiam Y.

08:45, mariuszbiega
Link Dodaj komentarz »
środa, 24 października 2012

Zrobiło się zimno i ciemno więc przeskoczyłem na siłownię. Godzinka z hantelkami, ławeczkami i bieżnią nie zaszkodzi :-). Mimo to, bieganie na powietrzu to jednak coś innego. Pewnie M. wrzuci niebawem jakiś plan treningowy :-)

pozdrawiam Y.

13:15, mariuszbiega
Link Komentarze (8) »
piątek, 19 października 2012

Pogoda słoneczna, temperatura kilkanaście stopni. Warunki idealne, żeby założyć buty na nogi i potruchtać po chodniku, po lesie, gdziekolwiek... bo warto podziwiać Złotą Polską Jesień.

Do zobaczenia na trasie Y.

10:27, mariuszbiega
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 15 października 2012

To, że bieg maratoński to nie do końca kaszka z mleczkiem przypomniał ostatni maraton w Poznaniu. 14 kilometr trasy był zabójczy dla jednego z uczestników. Lekarzom nie udało się uratować jednego z naszych kolegów, który najprawdopodobniej przeliczył się z siłami. Oczywiście na dzisiaj mamy za mało informacji w tym konkretnym przypadku, i nie wiadomo czy ten bieg w przypadku tego kolegi był jedyną przyczyną zgonu, ale jakby nie było pewnie niejeden z nas, szczególnie z tych, którzy dopiero niedawno zaczęli przygodę z bieganiem długodystansowym, zastanowił się "czy powinienem narażać się na takie ryzyko?". Każdy sam oczywiście odpowie sobie na to pytanie, ja uważam, że jeśli w nieprawidłowy sposób przechodzisz na przejściu dla pieszych to ryzyko jest moim zdaniem większe. Nie zdarzyło Ci się przejść na drugą stronę ulicy na czerwonym świetle? :-) pewnie każdemu się zdarzyło, ale tylko nieliczni zginęli. Jeśli chodzi o przechodzenie na czerwonym tak naprawdę zyskujemy kilkadziesiąt sekund, może minutę, dwie czasu tak cennego dzisiaj ryzykując życie. Biegając (w sposób świadomy i rozważny) jest udowodnione, że wydłużamy sobie życie nie o kilka minut czy godzin, a o kilka lat! :-) Smutno jest słuchać, że podczas takiego święta jakim dla biegacza, który przygotowuje się wiele miesięcy, jest bieg maratoński ktoś umiera, ale z drugiej strony takie wydarzenia co jakiś czas przypominają nam, że nasze organizmy to nie maszynki to ustanawiania co rusz nowych rekordów. Szanujmy nasze zdrowie, szanujmy nas samych, bo gdy zapomnimy się w tym dążeniu do lepszych rezultatów wszystko to traci najmniejszy sens. Nie lekceważmy tych wszystkich tabel, planów treningowych, badań, w końcu chodzi nie tylko o nasze zdrowie, ale jak się okazuje także o życie. 

do zobaczenia na trasie Y. 

wtorek, 02 października 2012

Było pięknie... do 28km, potem horror.

Plan był 4h15 na mecie. Jest takie przykazanie maratończyka: jeśli 3 dni przed maratonem postanowiłeś biec na 4h15, to nie zmieniaj tego planu po kilkunastu kilometrach biegu, bo pożałujesz. Ja pożałowałem i to solidnie. Samopoczucie w niedzielny poranek było rewelacyjne. Lekkie napięcie przedstartowe, wręcz idealna pogoda, wszystko dopięte na ostatni guzik, więc pozostało tylko dobrze się rozgrzać i skoncentrować. A rozgrzewka była mistrzowska, bo poprowadził ją Heniek Szost - nasz olimpijczyk w Londynie, gdzie zajął 9 miejsce. Zdjęcie z rekordzistą Polski w maratonie było świetną motywacją do biegu. Przed dziewiątą wraz z 6913 ludkami z kilkudziesięciu krajów stanęliśmy na moście Poniatowskiego i przy dopingu z konferansjerki Przemka Babiarza ruszyliśmy powalczyć z dystansem 42km195m, a przede wszystkim ze swoimi własnymi słabościami. Pierwsze kilometry leciały bardzo przyjemnie, rozgrzewka poprawnie przeprowadzona zapobiega problemom na pierwszych kilometrach biegu - warto to zapamiętać. Niedogrzane i nierozciągnięte prawidłowo mięśnie potrafią płatać figle na początku. Spokojnie mijaliśmy z kolegą M. 5, 10,15 km i wszystko szło bez problemu. Z małym wyjątkiem: biegliśmy szybciej niż zakładaliśmy na początku. Tak jakoś wyszło, przed startem nie planowaliśmy biec szybciej niż na 4h15 przynajmniej do 30km. Niestety (dla mnie) było to złe zagranie taktyczne. Do 28 km biegłem na 3h59 na mecie. Po przerwie w treningach po upadku z konia było to z mojej strony głupie i niebezpieczne, bo nie byłem gotowy przebiec tego maratonu szybciej niż 4h15. Na ok 24 km trasy wbiegliśmy do Lasku Natolińskiego i tam spotkała nas mała niespodzianka w postaci podbiegu dość mocno dającego po mięśniach. Wielu biegaczy wyraźnie zwolniło. Ja z M. trzymaliśmy tempo i równo wbiegliśmy na 27 km. Po drodze oczywiście bananki, Powerade, woda i żele energetyczne. Na 28 km zaczęło mi się ściemniać przed oczami, czułem i wiedziałem, że czekają mnie ciężkie chwile i czas zapłacić za fantastyczne tempo tych 28 km. Dotychczas biegliśmy powyżej 10 km/h. "Ściana" - jak nazywają maratończycy stan wyczerpania po 30-36 km była dla mnie ciężką próbą mojej odporności fizycznej i psychicznej. Powiedziałem koledze, że ja muszę zwolnić, bo nie dobiegnę i pożegnaliśmy się na ok 28 km trasy. Czekało mnie małe piekiełko.

Po 30 km co chwila mijasz lekarzy, którzy wnikliwie obserwują jak wyglądasz i jeśli stwierdzą, że jest niebezpiecznie po prostu podbiegają i każą opuścić Ci trasę. Zgodnie z regulaminem jest to decyzja, która nie podlega dyskusji i jest nieodwołalna. Siłą rzeczy jeśli chcesz biec dalej to albo zwalniasz i dajesz organizmowi odpocząć, albo ryzykujesz upadek na ryj w asfalt i jazdę na sygnale karetką przez Wawę do szpitala (na metę na Narodowym nie podwozili :-)). Jeśli już mowa o ekstremalnych przypadkach to kilka osób mijałem, którzy przegrzali temat i padli. :-( smutne, ale maraton to nie spacerek, więc czasem bywa niefajnie. Kilka kilometrów potrzebowałem na regenerację i zebranie sił, żeby na 39 km wrócić do gry i wyrównać tempo na 4h30. To było najtrudniejsze 10 km jakie w życiu przebiegłem. Palma na rondzie de Gaulla i doping dodały mi skrzydeł i jak skręciłem w stronę mostu Poniatowskiego wiedziałem, że będzie dobrze. Zostało mi ostatnie dwa km.

Praktycznie skrajnie wyczerpany wbiegłem na Stadion Narodowy i przekroczyłem linię mety po 4h31, dokładnie 17 min później niż planowałem:-( To była moja trzecia wizyta na tym stadionie, ale nigdy wcześniej nie miałem możliwości zobaczyć jak wygląda strefa "nie dla kibiców", to była dobra okazja:-) Po skończeniu biegu odpoczynek i miła niespodzianka - gorąca pomidorowa:-) pewnie w normalnych okolicznościach podziękowałbym za zupę wątpliwej jakości, ale wtedy miała jeden walor, który przeważył - była gorąca no i słona:-) (podczas biegu razem z potem tracisz sole mineralne, których stan musisz odbudować po biegu więc słone potrawy są jak najbardziej ok i w dodatku zupełnie Ci to nie przeszkadza, bo organizm wie co dla niego dobre :-)).

Na trasie przedobrzyłem również z płynami. Ten fakt warto brać pod uwagę, gdyż większość biegaczy dba raczej o to, żeby się nie odwodnić, a ja tak dużo wypiłem płynu podczas biegu, że spowodowało to katastrofalne skutki. Mocny skurcz brzucha na ostatnich 4 km poważnie przeszkadzał w biegu a po zjedzeniu gorącego posiłku zawartość żołądka postanowiła wyjść "pobiegać" :-(.

Mimo to dużo mnie ten maraton nauczył i teraz na własnej skórze przekonałem się, że literatura nie kłamie. Warto czytać książki zawodowców w tej dziedzinie, słuchać ludzi, którzy ukończyli kilkadziesiąt maratonów, bo ta wiedza pozwala zaoszczędzić dużo bólu i frustracji.

Pewnie niejednokrotnie wrócę do 30 września 2012 w Warszawie wspominając różne sytuacje podczas biegu i z przyjemnością podzielę się tym na blogu, tymczasem chwila na regenerację, bo przecież meta jednego maratonu jest początkiem przygotowań do następnego:-)

Z tego miejsca pogratuluję mojemu kompanowi w treningach i biegu koledze M. który uzyskał fantastyczny rezultat 4h06 biegnąc równo do samego końca dystansu:-)

Do zobaczenia na mecie kolejnego maratonu

pozdrawiam Y. 

 

 

 

 

 

 

 

17:53, mariuszbiega
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 20 sierpnia 2012

Jest powiedzenie, że "jak spadać to z wysokiego konia". Ten, z którego spadłem w weekend wysoki nie był, ale w galopie przewrotka przez koński łeb i gleba na  ściernisku "na szczęście" i tak spowodowała, że na chwilę straciłem przytomność, a potem był tylko ból i dalej cierpnące palce lewej ręki. Faktem jest, że mimo dość wzmożonej aktywności fizycznej i częstych "sytuacji awaryjnych" (narty, rower, koń, motocykl a nawet spadochron:-)) nigdy nic sobie nie złamałem. Jak to mówią "szczęście w nieszczęściu". Mam zamiar trzymać ten trend cały czas. Wracając do weekendowej kontuzji, to zapewne unieruchomi mnie na kilkanaście dni, więc potem już nie będzie przebacz maraton warszawski w przyszłym miesiącu, więc koniec z głupimi wybrykami. Szyja w kołnierzu ortopedycznym, dużo bólu, ale poza tym jest git. Pozostaje mi tylko pozazdrościć tym, którzy zakładają buty i idą biegać. Do zobaczenia Y. 

13:00, mariuszbiega
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 13 sierpnia 2012

W weekend długiego wybiegania nie było, gdyż swoją aktywność fizyczną podzieliłem na dwa treningi: jeden biegowy w sobotni wieczór 12km z kolegą M. i poprawka w niedziele o 6 rano 2,5 godziny jazdy konnej:-) w terenie. Zgodnie z oczekiwaniami była to wystarczająca dawka pracy dla moich mięśni. Poniedziałkowy poranek zaskoczył mnie "nagle" o 6 rano:-) więc mój trener zapewne był już na trasie, dlatego przewrót na drugi boczek i drzemka dalej. Mimo całej "fajniości" wynikającej z biegania wczesnym rankiem, możliwość drzemki porannej przed wstaniem z łóżka dalej mocno doceniam:-) i rozumiem to niezrozumienie ludzi wokół, po co ja to właściwie robię i to jeszcze tak wcześnie rano. Ale odpowiedzią na to pytanie jest w sumie cały ten blog.

pozdrawiam Y.

08:03, mariuszbiega
Link Komentarze (3) »
piątek, 10 sierpnia 2012

Twoje serce każdego dnia bije ok 100 000 razy i pompuje niemal 23 tysiące litrów krwi CODZIENNIE. (dane:J. Friel)

Nie dziwi Cie to? trudno. Dla mnie to niesamowite.

 

Kronikarsko:

kolejny poranek z ośmioma kilometrami spokojnego biegu w 2 strefie tętna (mniej więcej) bez pulsometru :-), ale M. tak szaleje z teorią, że chyba długo takiej amatorki w moim wydaniu nie pociągnę :-) Trzeba się rozwijać a kolega jest dobrym motywatorem. Za 3 godziny wsiądę na rower po roku chyba i atak na Ślężę z DZ i TW :-)

pozdrawiam Y.

06:25, mariuszbiega
Link Komentarze (5) »
 
1 , 2